Star Trek: First Contact. Nie owijając zbytnio w bawełnę: tak, to jest właśnie ten film, który powinien był odebrać „Gniewowi Khana” tytuł „najlepszego pełnometrażowego Star Trek”. Zrealizowany w latach 1995-1996 był swoistym prezentem dla fanów na trzydzieste urodziny ST. Dostaliśmy nowy Enterprise, nowe uniformy, Borga, podróż w czasie, powrót Jerry’ego Goldsmitha z głównym tematem ST (i tym samym najlepszą ścieżkę dźwiękową w historii ST) oraz przede wszystkim fabułę, która poszła „where no Star Trek has gone before”, czyli do dnia 5 kwietnia 2063 – dnia pierwszego kontaktu Ziemian z obcą cywilizacją. Czego można chcieć więcej? (fani Shatnera proszeni są o niezabieranie głosu)
Po nieudanych próbach zasymilowania ziemskiej cywilizacji Borg postanawia spróbować ponownie cofając się do czasów Zeframa Cochrane’a (wynalazcy napędu Warp na Ziemi) i zasymilować Ziemię tuż przed lotem testowym - tym samym nie dopuszczając do pierwszego kontaktu z Vulcanami i powstania Federacji. Załoga Enterprise-E podąża za Borgiem do roku 2063 aby zniewczyć te plany. Jak przystało na Star Trek, w którym zawsze kładziony był nacisk na postacie, ich charaktery, przeżycia i dylematy, Jean-Luc Picard musi stawić czoła swej historii z Borgiem, Data poznaje „bycie człowiekiem” od innej strony, a Zefram Cochrane okazuje się być „nieco” inny niż wyobraża to sobie załoga Enterprise. Streszczenie fabuły sobie daruję – jeśli ktoś filmu nie widział, to zdecydowanie powinien. Napomknę jedynie o momencie, kiedy Zefram Cochrane wypowiada dwa magiczne słowa, które padły jeden jedyny raz w całej historii ST: jest to bardzo dobry moment.
„Star Trek: First Contact” był wielkim sukcesem. Przy 45-milionowym budżecie zarobił na świecie 150 milionów dolarów, co czyni go drugim najbardziej kasowym Star Trek w historii (nie trzeba oczywiście dodawać, że w polskich kinach nie gościł). Niestety jednak film zamknął złoty okres Star Trek (który rozpoczął się od „The Voyage Home”); po nim nastąpił powolny schyłek franczyzy, co po głębszym zastanowieniu specjalnie nie powinno dziwić - ST:FC (z mojego punktu widzenia rzecz jasna) był filmem idealnym i ciężko mu było dorównać, a co dopiero przebić. Szczerze żałuję, że nie było mi dane zobaczyć go na wielkim ekranie.
Ciekawe swoją drogą, czy najnowszy ST „kasowością” przebije „First Contact” i „The Voyage Home” – sam jego budżet to właśnie tyle ile zarobił FC: 150 mln.
Ogólna : Komentarze (2) : Dodano 05 maj, 2009 : Autor Jean-Luc





05 maj, 2009 o 08:08
Więc miałem okazje oglądania tego filmu w kinie ale w Niemczech było super cała sala kinowa była upodobniona do Holodecku więc wygląd był super postawili statuetki Borgów 1:1 i cała ekipa kina była w strojach TNG
05 maj, 2009 o 10:25
nie ukrywam, mój ulubiony film ST, z całą pewnością jest to „timeless classic” jeśli chodzi o gatunek SF